| Coral Beach - Hurghada po raz drugi |
Wieczorny show w
Pickalbatros Alf Leila Wa Leila
Imprezę wykupiliśmy u akwizytora krążącego po plaży,
wpłacając dla bezpieczeństwa tylko zaliczkę. Pomimo
pewnych obaw ten wieczór należał zdecydowanie do udanych.
Rozpoczął się o godz. 20.00 spotkaniem w holu recepcji
skąd przewieziono nas luksusowym mikrobusem do hotelu Pickalbatros Alf Leila Wa Leila.
Hotel zbudowany w mauretańskim stylu z daleka zwraca uwagę
bogactwem fasad i zdobień, co jest chyba charakterystyczne
dla sieci Albatros. To jednak co zobaczyłam wewnątrz było
realnym światem z bajki. Szkoda tylko że hotel jest
usytuowany po drugiej stronie drogi i nie ma własnego
dojścia do plaży. Ten istotny brak rekompensuje gościom
wspaniałymi basenami i atrakcjami, w jakich po części
mogłam uczestniczyć. Przejażdżka na wielbłądach i koniach
w cieniu monumentalnych fasad egipskich świątyń. Wizyta w
muzeum gdzie bez cienia obawy mogłam zrobić zdjęcia przy
tronie Tutenchamona, z jego złotą maską i wieloma innymi
zabytkami. Pomimo że wszystko było tylko repliką robiło
wrażenie. Potem wieczór iluzji - kolorowe tańczące
fontanny i pokaz mistrzowskiej jazdy na koniach i
wielbłądach. Na koniec występy artystów na naprawdę
wysokim poziomie. Pomimo, że miałam okazję zachwycać się
już dwukrotnie podobnym pokazem dopiero teraz zobaczyłam
co naprawdę potrafi derwisz, czy zawodowa tancerka
beli-dance. Jedno się tylko nie sprawdziło - na miejscu
wszystko miało być gratis, a zwłaszcza drinki, a skończyło
się na jednej szklance zimnego soku owocowego. Dobre i to,
bo w końcu po coś zupełnie innego tu przyjechaliśmy. |
 |
 |
 |
|
Albatros i powitanie w iście królewskim stylu |
Czas i sceneria to dodatkowa atrakcja takiego spaceru |
Jeden z elementów bogatego pokazu |
Super Safari
Popołudniowa wyprawa na pustynię i powrót po zachodzie
słońca? - czemu nie. I tak dałam się namówić na kolejną
ofertę "znalezioną" na plaży. Mając w pamięci
ubiegłoroczna imprezę w tym stylu bardzo chciałam by była
trochę inna i tak się stało. Po pierwsze kłady - blisko
godzinna, szalona jazda po bezdrożach. Miłe spotkanie z
Beduinami i oczywiście tradycyjna herbatka, potem wystawny
jak na te warunki obiad ze szklanką coli i shisza. Po
zwiedzeniu wioski konkretna przejażdżka na
wielbłądzie, a nie dwadzieścia metrów w tę i z powrotem.
Na koniec piesza wycieczka w góry i podziwianie zachodu
słońca. No i oczywiście równie szalony powrót bo na
pustyni ciemności zapadają szybko i można się pogubić.
Miła atmosfera, wyjazd w małej chyba sześcioosobowej
grupie, bez racjonowania wody. Minus - brak polskiego
przewodnika, ale anielsko-rosyjska mieszanka okazała się w
pełni strawna i nie wybuchła. |
Gamel trip
Wbrew pozorom tu nie ma błędu, bo po arabsku ten garbaty
wierzchowiec to właśnie gamel.
I chociaż od niego się zaczęło były także inne próby
pokonywania odległości. Tę lekcję też wykupiliśmy na plaży
i jak na pierwszy raz - tylko na godzinę. Zanim zaczęłam
samodzielnie pierwsze kroki były pełne obaw. Bo co jeśli
mnie nie posłucha? Na koniu czułam się zdecydowanie
pewniej i kusiło mnie by trochę pogalopować, ale on był
zdyscyplinowany i chociaż też miał ochotę wiedział chyba,
że mu nie wolno.
Chociaż najbliżej ziemi i stosunkowo najwolniej to
największego stracha miałam na osiołku. Może dlatego, że
siedziałam tylko na derce która też jeździła pode mną jak
chciała. Fajna przygoda, trochę adrenaliny i ciekawe
doświadczenie. Ze względu na jazdę między kamiennym torem
przeszkód na części trasy nie polecam jednak konia
tym, co z założenia boją się poprowadzić go samodzielnie.
Godzinę rozpoczęcia lekcji i czas jej trwania można
ustalić samodzielnie. Bądźcie też przygotowani na koniec
na drobny bakszysz bo jak twierdzi instruktor nominalna
oplata idzie dla szefa. No cóż każda okazja i powód
usprawiedliwiają potrzebę zarobienia dodatkowych kilku
groszy. |
 |
 |
 |
|
Dopiero tu widać prawdziwe życie ulicy |
Miejsca które reklamują
i przed którymi przestrzegają |
Robiąc jedno i drugie zdecydowanie na wyrost |
W jedną stronę to ponad 20 km więc zgodziliśmy się, a
raczej oni, na 2 dolary od osoby. Chcieli oczywiście 10.
Jeden z nich musiał czekać na szefa więc siłą losu
zadanie przypadło drugiemu. Od 50 do 120 km/godz i lotem
błyskawicy byliśmy w centrum. Kierowca podwiózł nas na
jedną z bocznych uliczek, obok sklepu z pamiątkami,
którego właścicielem był jego przyjaciel.
No i proszę jaki ten świat jest mały, a interes
powiązany. Zapewnił nas, że jak wrócimy właściciel
sklepu po niego zadzwoni i przyjedzie nas zabrać z
powrotem. Dostaliśmy nawet wizytówkę z mapką żeby nie
zabłądzić i najważniejsze ostrzeżenie - nie kupujcie
niczego na ulicy bo tam jest strasznie drogo - tylko u
mnie. W rzeczywistości było dokładnie odwrotnie. Część
sklepów w centrum wystawia ceny, są przystępne, a kod
kreskowy eliminuje targowanie. W innych trzeba
potrenować umiejętność przekonywania. Sprzedawcy
zaczepiają sporadycznie i niezbyt nachalnie. Jak mi się
wydaje właśnie wieczorem jest najłatwiej bo i oni są
trochę zmęczeni. Miejcie jednak świadomość, że wychodząc
ze sklepu nawet zadowolonym z siebie i tak
przepłaciliście. A przekonacie się o tym tuż przed
powrotem do domu, gdy porównacie te ceny z oferowanymi w
lotniskowym supermarkecie. Naprawdę zostawcie kupowanie
pamiątek właśnie tam, chyba że zabawa w dobijanie targu
was bawi, ale jak każda zabawa musi kosztować. Hurghadę
zaliczyłam chociaż nie przejechałam się miejscową
taksówką i jakiś niedosyt pozostał. Pomimo, że wcale tu
nie straszy, nie ciągną za ręce i są sympatyczni
zdecydowanie nie chciałabym przyjechać do hotelu
usytuowanego właśnie tu - w centrum. |
|
|